RSS
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Wyrwałam się z niewoli!

Mimo że fascynuje mnie etnologia, kultura, ludzie i ich myślenie, ja zawsze starałam się stać z boku i patrzeć na wszystko z przymrużeniem oka. Wierzyłam w to, że nie ma fatum, są tylko przypadki, albo złe i dobre passy. Jednak na koniec drugiej połowy zeszłego roku stwierdziłam, że to nie mogą być zwykłe sploty wydarzeń. Odkryłam, że jakaś wyższa istota, w której istnienie od zawsze wątpiłam, wybrała właśnie mnie na kozła ofiarnego.

Nie wydaje mi się to normalne, żebym od lipca nie była w stanie znaleźć pracy. To pół roku! Przez ten czas jednak pracowałam, mogę te dni z łatwością policzyć. Jeden dzień na telefonie, półtora dnia w restauracji. Wysłałam (tego już nie policzę, nawet z wielkim trudem) pierdylion CV, ale one jakby ginęły w cyberprzestrzeni. Materialne CV które rozdawałam zaginęły także bez śladu, a telefony, które wykonywałam do pracodawców najczęściej kończyły się głuchym sygnałem odrzuconego połączenia.

Fatum!

Może to była kara za to, że jednak dwie szanse dostałam. Mogłam pracować sprzedając bardzo drogi abonament przez telefon. Ja jednak nie potrafię oszukiwać ludzi. Poszłam tam jednak, z myślą, że będę robiła praktycznie to samo, co moi dzicy przodkowie. Oni musieli zabijać, żeby przeżyć, ja będę musiała bardzo przekonująco kłamać, odbierać ludziom chleb po to, żebym mogła żyć. Zwykłe prawo dżungli. Moje nastawienie było, wbrew pozorom, naprawdę bardzo optymistyczne. Kiedy usiadłam w boksie z telefonem, przestało być kolorowo. Przywódca stada, a więc moja szefowa, darła się wniebogłosy kiedy tylko ktoś odebrał ode mnie telefon. Krzyczała „Nie słuchaj co on do ciebie mówi! Powtarzaj to, co ci mówię!”. Zgodziłabym się nawet na to, gdyby mówiła coś sensownego. Jednak dla mnie jest normalne, że gdy telefon odbiera myślący człowiek, i słyszy telemarketera, mówi „nie, dziękuję”. Ja z takimi nie dyskutuję, bo niby po co? Kiedy odłożyłam telefon, przywódca powiedział mi, że jeśli się nie dostosuję, mogę iść do domu. Przestraszyłam się, i zaczęłam walczyć o pieniądze, zapominając o własnej godności. Powtarzałam to, co ona krzyczała, czyli „Racja, nie chce mi się dyskutować z takim idiotą jak pan”,” gdybym miała tak chu***wą firmę jak pan, nawet nie podnosiłabym słuchawki”, „j*** się palancie” i wiele innych. Przywódca stwierdził, że w ten sposób nauczy mnie sprzedaży (czyli oszukiwania). Miałam wrażenie, że to tylko zły sen. To było zbyt absurdalne, żeby mogło być prawdziwe. Stwierdziłam jednak, że to prawda, kiedy przez dwa dni po tej „pracy” dochodziłam do siebie. Jestem wrażliwą osobą, jakby na to nie patrzeć, i po sześciu godzinach pyskówek (kiedy nawyzywano mnie od najgorszych), trochę czasu mi zajęło, żeby zacząć z powrotem myśleć normalnie. Oczywiście, drugiego dnia nie stawiłam się w pracy.

Kolejne CV zaginęły w cyberprzestrzeni.

Koleżanka mamy załatwiła mi pracę u swojego syna, w restauracji. Miałam być kelnerką. Super! Od zawsze uważałam, że to praca nie dla mnie, bo nie lubię nic nie robić. To znaczy, nie czuję się spełniona, gdy moim zadaniem jest tylko noszenie czegoś, co ktoś zrobił. Sama chcę coś robić!

Jednak propozycja tej pracy w tamtej chwili wydała mi się zbawieniem. Najlepszym, czego mogłam oczekiwać od życia. Już pierwszego dnia miałam więcej obowiązków niż reszta pracowników (bo tylko ja miałam tam doświadczenie w gastronomii, i wiedziałam co mam robić). Tak więc na akord zmywałam, biegałam od stolika do stolika, sprzątałam, pomagałam kucharzom robić kawę, bo oni nie wiedzieli jak. To trwało 13,5h non stop. Za pięć złotych na godzinę, czyli na rękę mniej niż 3złote. Oczywiście nie było mowy o wyjściu do toalety, zjedzeniu czegoś, a już tym bardziej o siedzeniu. Najciekawsze, że tylko ja miałam nawał roboty (bo się na tym znałam, dlatego szefostwo jak z biczem mnie ganiało), reszta na spokojnie uczyła się i obserwowała moje katusze na żywo. Przez cały dzień moja szefowa zajmowała się obsługą kasy, dlatego każde zamówienie przekazywałam jej, tak jak pieniądze, które dostałam od klienta za posiłek. Na koniec pracy jednak okazało się, że w kasie brakuje dwustu złotych, co było oczywiście moją winą. Okradłam ich. Dodatkowo, nie uśmiecham się do ludzi i nie mam energii (ciekawe, czy mój przywódca biegałby uśmiechnięty od ucha do ucha przez 13h, nie mając minuty przerwy, umierając z głodu?). Następnie - szklanki które zmywałam bardzo szybko zaparowywały (szefowa nie pozwalała mi stawiać ich normalnie – bo sanepid się przyczepi że się kurzą; kazała mi je wycierać jedną ścierą cały dzień. Nie muszę dodawać, że szmata ta po dwóch zmywaniach nadawała się do wyżymania).

Postanowiłam jednak, że się nie poddam. Drugiego dnia pojechałam na kolejną trzynastogodzinną sesję katowania, jednak po trzech godzinach szefowa wyrzuciła mnie, bo nie chciałam zmienić butów na drewniaki które mi dała (takie w iście góralskim stylu, z grubej brązowej skóry, w wycinanki w kwiatki). Stwierdziła, że moje buty są nieeleganckie, a góralskie chodaki – jak najbardziej.

Fatum!

Kolejne CV zaginęły w cyberprzestrzeni.

Następnie ogarnęłam fuchę na Sylwestra. Jako barmanka. Mieli mi zapłacić 300złotych. W wielkim skrócie – impreza była na 400 osób. Ja już na wejściu dowiedziałam się, że barmanką nie będę, tylko zostanę szatniarzem. Dostałam malutki korytarzyk po schodach w górę (trochę mniejszy od naszego przedpokoju), gdzie przy suficie były zamontowane plastikowe pałąki z wypustkami, żebym mogła na nich wieszać wieszaki z kurtkami (zimowymi!!!). Zwiesiłam na jednym pałąku po jednym zestawie (czyli kurtka, bluza, szalik, czapka, plecak tudzież torba). Zdarzały się też płaszcze, a więc nie było mowy o przejściu dalej. Zawiesiłam w sumie z 5 -6 zestawów, a szatnia już pękała w szwach. Jednak miało przyjść 400 osób. Zaczęłam upychać kurtki na plastikowych pałąkach, tak po trzy na jednym. Pałąki jednak szybko się połamały z tego ciężaru, kurtki wytarzały się na brudnych schodach a ja się rozpłakałam z bezsilności.

Zawołałam szefową, żeby zobaczyła jak wygląda w praktyce jej idea szatni. Oczywiście, zwolniła mnie. Była godzina 22, do północy było trochę czasu. Byłam wściekła. Wygarnęłam jej, że wysłałam CV na barmankę, nie na ciecia. Że to absurd, że za kogo ona mnie ma. Że zniszczyła mi sylwestra. Postanowiłam, że się upiję z tego smutku, tylko jak? Nie miałam ze sobą pieniędzy. Szefowa nie podpisała ze mną żadnej umowy, nic, nawet nie wiedziała jak się nazywam. Szybko też stwierdziłam, że zapewne pracowałam charytatywnie, i kazałam jej natychmiast wypłacić mi stawkę godzinową. Siekierę można było zawiesić w powietrzu. Ona wściekła się jeszcze bardziej, myślałam że zaraz się pobijemy.

            Poszłam więc z awanturą do menadżeki, a ona na kolanach zaczęła mnie błagać, żebym została, bo nie dadzą sobie beze mnie rady. Powiedziałam, że zostanę, pod warunkiem, że stanę za barem. Zgodziła się, ja się już ucieszyłam, bo wiedziałam że dostanę trochę napiwków.

            Szefowa jednak wypłaciła mi za morderczą pracę250 zł („za niesubordynację!”). Morderczą, bo oprócz tego incydentu od 8 rano do 10 musiałam wysprzątać cały klub po wielkiej, masowej imprezie. Łącznie z myciem rzygowin, krwi i kupy. Biedny Franek, zapłacił tam za wejście, a harował razem ze mną.

            Zrobiłam się przesądna. Myślałam, że jaki sylwester, taki cały rok. Jestem stracona! Nie muszę dodawać, że te pół roku zaowocowało depresją. Mimo tego, że poza pracą wszystko jest w najlepszym porządku; że kocham i jestem kochana, że mam przyjaciół, rodzinę. Ale do szczęścia trzeba mieć pieniądze, trzeba mieć po co wychodzić z domu.

            Nie miałam już ochoty wysyłać CV, stwierdziłam, że przyjmę taką taktykę, jak moje kochanie. Poczekam, aż praca sama mnie znajdzie.

            Jednak ktoś zamieścił w Internecie ogłoszenie, że potrzebują osobę do centrum handlowego do parzenia kawy, na weekendy. A, niech stracę! Ostatni raz! Zadzwoniłam.

             Teraz pracuję jak człowiek. Normalnie zarabiam, wychodzę na przerwy, mogę zjeść śniadanie i raz na jakiś czas zapalić papierosa. Nawet mogę wyjść do toalety i odpocząć. CUD, nie praca! Myślałam, że już nigdy tak nie będzie.

            Do mojego kochania też przyszła praca. Zaczynamy żyć. Od razu zrobiło się lepiej. Nareszcie, dzielimy się opowieściami na temat naszego dnia, a nie tylko butelką wina. Nie siedzimy całymi dniami w łóżku, oglądając film; kisząc się jak ogóry.

            Zawsze wydawało mi się, że prawdziwy związek można zobrazować jak dwa kółeczka, które na siebie zachodzą. Miejsce, gdzie zachodzą, to wspólne życie, kiedy jesteśmy razem, w domu czy gdziekolwiek indziej. Pozostałe, to czas, kiedy jesteśmy osobno, w pracy. Tak powinno być. A przez ostatni czas byliśmy tak naprawdę jednym kółkiem, bez własnego życia. Tylko wspólne. Romantyczne, i traumatyczne.

wtorek, 05 stycznia 2010
Art specjalnie dla E. Kupno mieszkania.

Ostatnio duże miasta zaczęły obrastać w nowe inwestycje. Jak grzyby po deszczu rosną nowe, zamknięte osiedla. Na pierwszy rzut oka – idealne. Niedostępne dla obcych, bezpieczne, czyste, zielone, strzeżone stosem kodów dostępu. Ich zalety można wymieniać w nieskończoność… niestety, wady także. Oczywiście, przy kupnie mieszkania rozważmy też możliwość mieszkania w tradycyjnym „polskim klocku”, czyli blokowi o nihilistycznej architekturze przy ruchliwej ulicy. W tym przypadku, jak na dłoni klarują się jego wady. Czy aby na pewno nie powinniśmy porzucić stereotypu?

Zacznę od opisu nowoczesnych, strzeżonych osiedli. Oczywiście, są one idealnym rozwiązaniem dla osób, dla których ich kupno nie stanowi większego problemu. Dla bogatej rodziny, faktycznie, widać tu same plusy. Po pierwsze, zamożna rodzina staje się w Polsce celem rabusiów. Nie ma nic dziwnego, że takie rodziny wolą dmuchać na zimne i wyłożyć dodatkowe pieniądze na ogrodzenie, strażników i karty dostępu. Plusem jest także to, że i nasz samochód otrzyma swoje własne miejsce na terenie osiedla, więc strzeżony parking również „mamy z głowy”. I, oczywiście, bezpieczeństwo naszych pociech! Na zamkniętym osiedlu bez stresu można wypuścić dziecko na dwór, by pobawiło się z rówieśnikami na placu zabaw. Mamy pewność, że nikt nieoczekiwany nie będzie próbował kupić mu cukierków. Przy okazji, dziecko będzie przebywało w porządnym towarzystwie, także i tu nie trzeba się martwić.

Wbrew pozorom, takie osiedla mają też wady. Większość z nich po prostu bawi się konotacją wysokiego prestiżu. Najczęściej w nazwie widzimy „zieleń”, „ciszę”, i podobne, sielankowe przymiotniki. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy aby na pewno trawa z rolki i równo przycięte krzaczki są tym, czego właśnie oczekujemy. W nazwach można odczytać ducha epoki; odnaleźć to, za czym tęsknimy. Ale prawdziwa przyroda nie ma nic wspólnego z tą ze strzeżonego osiedla. Kolejnym minusem jest fakt, że osiedla „za płotami” zabierają mieszkańcom miasta przestrzeń publiczną. Ogradzają się, przez co stają się własnością konkretnych osób. Tam nie krzyżują się już drogi przypadkowych osób, które przyjeżdżają do miasta. Przestrzeń staje się „wycięta” z życia publicznego. Nie sprzyja powstawaniu więzi, bo mieszkańców zamkniętego osiedla niewiele obchodzą sąsiedzi, ani nawet okolica. Czy tego właśnie szukamy?

Zanalizujmy także mieszkania w blokach. Mamy do wyboru wysokie mieszkania w przedwojennych kamienicach, mieszkania w blokach niskich (do 5 pięter, bez windy), i oczywiście wielkich „mrówkowcach”. Główną zaletą takiego mieszkania jest jego cena. O wiele niższa od apartamentu w wyżej opisanych osiedlach. Dodatkowo, mieszkania nie kupujemy w stanie surowym. Po przelaniu pieniędzy na konto dawnego właściciela możemy śmiało się wprowadzać, pod warunkiem że dostarczymy sobie łóżko, albo jesteśmy zwolennikami zdrowego snu na podłodze. Podsumowując, odejmiemy sobie stresu związanego z umawianiem hydraulików, gazowników i innych złotych rączek. Kolejnym plusem są tu najlepsze stosunki sąsiedzkie. Każdy mieszkaniec ma tu poczucie „bycia” na swoim miejscu, odgrodzonym w sposób naturalny. Oczywiście, sprzyja to aktywności społecznej. Plusem i minusem jest fakt, że mieszkające osoby są, można powiedzieć, przypadkowe. Jest ich jednak wiele, a wiec na pewno znajdzie się ktoś, komu zaufamy i powierzymy klucze, żeby podlał nam kwiaty podczas naszego urlopu. Jako plus zaliczyć można tu też, wbrew pozorom, że osiedle nie jest zamknięte. Nie siedzimy w klatce; nasi znajomi mogą wpaść o której mają ochotę, nie tłumacząc się niezręcznie recepcji.

Przejdźmy jednak do minusów. Często niechęć wzbudzają stojące przed blokami ławki, na których gromadzi się młodzież. Jest ryzyko, że wieczorami ludzie będą spożywać tam alkohol, śpiewać wulgarne piosenki i, ogólnie, robić wszystko, by zagrać nam na nerwach. W nowych osiedlach mieszkańcy nie czują się odpowiedzialni za to, co się dzieje. Tu jednak należymy do samo wystarczającej społeczności, i zareagować musi któryś z lokatorów (nierzadko narażając się na obelgi towarzystwa „ławkowego”). Kolejnym minusem jest to, że raczej nie zamieszkamy wśród zieleni. Trawa rośnie dziko, a drzewa wyglądają tak, jakby mogły opowiedzieć nam o wojnie. Rośliny mają tu, tak zwaną wolną amerykankę. Mimo to, dzieciaki zazwyczaj próbują poskromić naturę poprzez deptanie, kopanie i wyrywanie czego się da. Trawnik wokół domu wygląda wtedy na bardzo zniszczony. Zaliczyłam to do minusów, jednak według osobistych preferencji każdy wyda temu zjawisku opinię. Właśnie, dzieci: jak już mówiłam, lokatorzy zwykłego bloku to osoby losowe. Wypuszczając nasze dziecko na dwór, by pobawiło się z innymi, musimy liczyć się z ryzykiem, że wpadnie w złe towarzystwo. W końcu naszymi sąsiadami mogą być osoby z rodzin patologicznych. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by przed kupnem mieszkania spędzić kilka godzin z dzieckiem na pobliskim placu zabaw i zorientować się, czego możemy się spodziewać.

Podsumowując, nowoczesne osiedla stawiają na zestandaryzowany porządek. Zwalniają nas od stresu; czystością, ogródkami i naszym bezpieczeństwem zajmują się wynajęte firmy. Osiedla organizują nam też przestrzeń na zasadzie logicznej; znajdziemy tam wszystko, czego moglibyśmy zapragnąć. Jednak, decydując się na kupno takiego mieszkania zwalniamy się z naszych społecznych obowiązków. Nie wprowadzimy tu zmian, nasz apel rozproszy się w tłumie. Tu nie będzie liczyło się nasze zdanie. Inaczej jest jednak w przypadku tradycyjnego bloku. Tu mieszkańcy, chcąc nie chcąc, tworzą zwartą całość. I dbają o to, by każdemu żyło się dobrze.

Warto to przemyśleć, zanim zdecydujemy się na kupno mieszkania.

środa, 09 grudnia 2009
Zaburnisz cigareta?

Coraz częściej w naszym kraju widzimy obco brzmiące nazwy. Ze świecą szukamy „wyprzedaży”, sklepy ogłaszają tylko ‘sale’ (do wynajęcia? balowe?). Nie pójdziemy też na imprezę, możemy iść ewentualnie do clubu; nie zjemy w restauracji, nie napijemy się kawy. Przykładów jest tyle, co usług.

Anglojęzyczne nazwy to jednak trochę inny temat. Chciałam napisać kilka zdań o tym, jak wyżej opisana moda wsiąkła w nasze drugie życie; te, które prowadzimy w Internecie.

Zadałam setki pytań osobom, których profil na naszej-klasie.pl czy innym portalu społecznościowym widnieje w języku angielskim. Często też ich zdjęcia są opisane w ten sam sposób.

Najczęściej otrzymywałam odpowiedź, że jest to cytat z piosenki. Oryginalnych treści „nie powinno się tłumaczyć, ponieważ tracą one na wartości”. Dodatkowo, goście odwiedzający profil prędzej skojarzą dany tekst z piosenką w oryginale, niż przetłumaczony na język polski. W tym przypadku sądzę, że to właśnie skojarzenie z muzyką jest ważniejsze od samego przekazu słów.

Nie będę ukrywać, ja też posługuję się obcymi zwrotami. Zatytuowałam blog: „Paper girl burn the world”. Szczerze mówiąc, nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby przetłumaczyć te parę słów. „Papierowa dziewczyna spaliła świat”? To nie brzmi już tak wymownie. Esencją jest tu słowo „burn”, wokół niego zostało zbudowane całe zdanie. Moim zdaniem, jest ono bardziej buntownicze niż polskie „palić”. Dlaczego? Postanowiłam sprawdzić, co na ten temat mówią słowniki.

Otóż, według translate.pl „burn” oznacza, między innymi: „płonący (…), sparzyć, wypalić, oparzyć się, spopielić, tlić”. Jak widać, słowo wywołuje bezpośrednie skojarzenie z bólem, destrukcją, tragedią. Jeśli chodzi o polskie „palić”, ma ono zdecydowanie więcej znaczeń (sjp.pwn.pl). Między innymi: „niszczyć ogniem, oddziaływać wysoką temperaturą, popełnić błąd, odczuwać do kogoś silny pociąg seksualny (…)” Nie wspominając już o paleniu papierosa czy kawy.

Podsumowując, tłumaczenie zdania „paper (…)” na język polski niesie ze sobą zbyt duże przekłamanie. Słowa oryginalne i przetłumaczone są inaczej nacechowane emocjonalnie, przez co dosłowne przetłumaczenie nie jest możliwe.

Wracając do moich badań, często słyszałam, że angielski jest po prostu prostszym językiem, ma mniej skomplikowaną strukturę, dlatego stał się językiem popkultury. Wszyscy się go uczą, i modnie jest pokazać, że się go zna. Ponadto, to właśnie w Stanach powstały pierwsze blogi itp., i to ich język wykształcił skróty użyteczne w komunikatorach, tj. lol, btw, wtf. Przytoczę fragment mojego wywiadu:

„- A co z dzieciakami, którzy mają irokeza na głowie, robią co chcą, idą pod prąd, buntują się przeciw wszystkiemu co się da… są pankami do szpiku kości, a jednak zdjęcie wolą podpisać <Rebel>? Przecież to modne!

- Każda subkultura, no prawie, wywodzi się z USA lub Anglii. Hipis powie ze jest hippie, a pank ze jest punk i rebel. Poza tym, bycie punk też jest pop. W dzisiejszych czasach nie ma alterkultury do pop. Obecnie, będąc punkiem, hipisem czy ekologicznym, jest się modnym. „

To mówiły jednak osoby, które w swoich profilach mają angielskie cytaty, słowa. Nie ufam uogólnieniom, klasyfikacji, ale w tym wypadku mogę powiedzieć, że były to osoby młode, maksymalnie 25-26 lat. Dlatego postanowiłam zapytać kilka osób koło 40-ki, co myślą na ten temat.

„Zangielszczenie naszego języka wynika prawdopodobnie z kompleksów jakie posiada nasz pokomunistyczny kraj. Kiedy dorwaliśmy się do wolności słowa i otwartości na świat uznaliśmy, że język angielski jest świetną reklamą i prestiżem. [wymienia najczęstsze angielskie słowa wchłonięte do języka polskiego] Stanowiska pracy też są z angielskiego, bo to lepiej brzmi i podnosi status stanowiska choć jest się nikim, ale z angielskim stanowiskiem w angażu.”

 „ Świat się tak zmniejszył , podróżujemy i brak znajomości języków jest problemem w komunikacji. Ale zostawmy Polskę Polską, z naszym słowiańskim językiem, niech barany z Anglii też się uczą a nie tylko wymagają od nas!”

Jak widać, inne pokolenie – inne myślenie. Nikt z tych osób nie powiedział, że mu się to podoba. Brak ochów i achów na temat naszej otwartej Polski. Tu już nie ma mody, ci ludzie widzą w tym problem. Gdy spytałam dlaczego, według nich, tak się dzieje, zrzucają całą winę na politykę. Promowanie polskiego patriotyzmu na pokaz dla mediów; na przykład, który idzie z góry, a nie od nas; i upowszechnianie uwielbienia do Ameryki, w zamian za zamknięcie oczu na własny kraj.

Moim zdaniem, jawi się tu naprawdę wielki przeskok między pokoleniami. Nie będę oceniać, co jest słuszne, a co nie. Miejmy nadzieję, że granice z czasem się zatrą, i będzie można działać w konkretnym kierunku.

A Wy co sądzicie na ten temat?

piątek, 04 grudnia 2009
początek

Studentka UW, kierunek mało popularny; w sensie, że przyszła pani etnolog. Marzenie. Z doświadczenia wiem, że mało kto rozumie czym się zajęłam. W najlepszych przypadkach etnologia kojarzy się z nauką o Indianach hopi, którzy nie używają czasowników; o dzikich afrykańskich ludach, które zakopują zmarłych przodków po to, by później ich zjeść, czy o ludach Syberii, które mają trzy stany świadomości.

Słyszałam też, że zajmuję się ptakami.

Roślinami.

Że jestem ekologiem, etnologia to synonim.

A ja po prostu obserwuję. Żeby znaleźć coś szokującego, wcale nie muszę przemierzać milionów kilometrów.

Podsłuchuję, podglądam, uczestniczę, rozmawiam.

Nie poszłam na studia dla papieru. Poszłam tam dla samej siebie, bo to moja pasja.

Nie wstydzę się, że gdy byłam dzieckiem, zakochałam się w Larze Croft. Pamiętam, jak przychodził do nas sąsiad z dołu, informatyk – samouk. Nie był to czas, kiedy Internet był w każdym domu, ale jednak komputer się psuł. Zawsze wchodziłam w masę przeróżnych ustawień, klikałam, zmieniałam, by potem udawać, że komputer sam tak zrobił. A chłopak przychodził raz w tygodniu, naprawiał, dostawał piwo i kilka papierosów, ale tak po cichu, bo do osiemnastki miał jeszcze trochę.

Czasami wgrywał jakieś super gry. Dostałam Rybkę Freddi, Toy Story, jakieś strzelanki które mnie nie interesowały. Ale pewnego dnia dostałam Tomb Raider, i się zaczęło.

Były treningi w parku, z moją przyjaciółką, na górce. W plecaku zawsze latarka zabrana tacie po cichu, i proca – patyk z gumką. Po każdym wyjściu przynosiłyśmy do domu garść kamyczków, które starannie malowałyśmy plakatowymi farbami. Ja na niebiesko, Paula na czerwono; żeby w razie czego było wiadomo, która strzelała. W rzeczywistości broń nigdy nam się nie przydała, ale parasol nosi się przy pogodzie.

Naszym zadaniem było badanie terenu. Opisywałyśmy zachowanie mrówek, myślałyśmy, że to inteligentna rasa tak jak my. Chciałyśmy nawiązać kontakt. Zastanawiałyśmy się nad czerwoną ziemią, która była tylko w jednym miejscu; koło tej ławki, która stoi ukosem. Nad wieloma innymi rzeczami.

A gadają, że komputery zniszczyły nam dzieciństwo.